Święta, święta... i po świętach

29.12.15


Witajcie po świętach! Tyle przygotowań, tyle zakupów, tyle biegania, tyle sprzątania i całe to przedświąteczne szaleństwo! A tu mig-śmig i już po świętach! Dobrze chociaż, że niedziela przedłużyła tę świąteczną labę i że jeszcze kolejny długi weekend sylwestrowy przed nami. Ale to nie zmienia faktu, że święta przeleciały jak błyskawica i znów rok trzeba czekać do następnej Gwiazdki. Może za rok wszystko pójdzie zgodnie z planem, bo w tym roku nasze święta to istne szaleństwo! A jak Wy spędziliście ten świąteczny czas?

W sumie jeśli się dobrze zastanowić, to tegoroczne święta trochę przypominały te zeszłoroczne - też niewiele przygotowywałam w kuchni, a dużo się denerwowałam, i jeszcze do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy gdzie spędzimy Wigilię. W zeszłym roku była to kwestia Mediolan - Rzym - Polska (szczegóły w moim poprzednim poście), a w Polsce jeszcze dodatkowo wybór między rodzinnym domem męża a moim. A w tym roku na szczęście ograniczyliśmy wybór do jednego kraju (Irlandii) i dwóch domów, ale na przestrzeni tylko 6 km.

Na święta mieli do nas przyjechać przyjaciele z Droghedy. Planowaliśmy to już chyba od ponad 2 m-cy. Miał być gwar, hałas, drinki do późnej nocy i wspólne gotowanie i pieczenie. Z koleżanką miałyśmy ustalone, która co kupi, zrobi, a co razem będziemy szykować w Wigilię i dzień wcześniej. A nasi mężowie wymyślili sobie, że zrobią całego indyka i szynkę. Więc w weekend pojechaliśmy na wielkie zakupy, kupiliśmy co trzeba i ogromny indor zajmował połowę lodówki, czekając na swój debiut na świątecznym stole. Na Wigilię zaprosiliśmy także nowych znajomych z Limerick. Koleżanka również dołączyła kilka potraw do naszego wigilijnego menu. Mąż miał mieć urlop od wtorku przed Wigilią. Więc wszystko było ustalone i wydawało się, że na wszystko będzie czas.

A tu nagle plany się zmieniły i wszystko wywróciło się do góry nogami. Przyjaciele z Droghedy rozchorowali się i w ogóle nie przyjechali (ja też wolałabym siedzieć we własnym domku pod kołderką, gdybym była chora, zamiast tarabanić się z dziećmi przez pół Irlandii). Mąż musiał jechać do pracy i we wtorek i w środę, a że same problemy tam były, to wracał późno - nawet po godz. 23. A w wigilijny poranek jeszcze skoczył po brakujące zakupy, a że kolejki wszędzie stumetrowe, to 2 godziny go nie było. A ja sama w domu z dzieckiem przez te dni. I ani nic sprzątnąć, ani ugotować. Bo na dźwięk odkurzacza mała w ryk, a jak śpi to nie będę z odkurzaczem latać po domu i hałasować. No ale dom nie musi przecież lśnić. Mogłam zarwać kilka nocek, ale z dzieckiem pałętającym się pod nogami trzeba jakoś sprawnie funkcjonować w ciągu dnia! Stwierdziłam, że nie będę się aż tak przemęczać, co ma być to będzie, a przecież barszcz z kartonu też jest pyszny. Z pomocą przyszła mi moja nowa znajoma, która uwielbia gotować i poszerzyła swoją ofertę potraw do maksimum - przygotowała prawie wszystkie potrawy wigilijne u siebie.


Jeszcze w całym tym przedświątecznym zamieszaniu mieliśmy w zeszły poniedziałek zarezerwowane odwiedziny w Grocie Mikołaja - żeby nasza Izunia mogła pierwszy raz Mikołaja spotkać twarzą w twarz. Zuch dziewczynka nic a nic się nie bała, na kolanach Mu usiadła i tylko z ciekawością na długą brodę spoglądała (a najchętniej to by za nią pociągnęła:) A więc Mikołaj wreszcie dorwany. Tylko nie wiem, czy to od patrzenia na tą brodę czy na czerwony kostium, następnego ranka oczka Izuni całe czerwone i opuchnięte. Więc szybko do lekarza sprawdzić, co się dzieje. Na szczęście nic poważnego, żadnego zapalenia nie było. A że katar i kaszel ją męczył od kilku dni, to te czerwone opuchnięte oczęta od katarku właśnie i ciągłego tarcia oczu. Do Wigilii oczka już normalne, ale katar i kaszel do tej pory ją trzymają, więc święta naszemu maluchowi minęły w towarzystwie chusteczek i syropków.

Dzień przed Wigilią pojawił się pomysł, żeby Wigilię zrobić u znajomych w Limerick, aby nie przewozić jedzenia, które koleżanka przygotowała. Ale następnego ranka obaliłam ten pomysł, bo ja miałam więcej rzeczy do przewożenia - może nie miałam za wiele jedzenia, ale te wszystkie dziecięce towary to już kilka toreb! A jeszcze wysokie krzesełko dla dziecka, żeby mogło z nami siedzieć przy wigilijnym stole, a jeszcze prezenty pod choinkę sporych rozmiarów, a jeszcze coś do spania (raczej podróżny kojec niż łóżeczko!), żebyśmy nie musieli się zwijać po godzinie czy dwóch! Jakoś chciałam, żeby pierwsze święta nasz Aniołek spędził w swoim domku. W sumie to także nasze pierwsze święta w tym domku.


Wreszcie nastał Wigilijny wieczór. Znajomi przyjechali z darami w postaci potraw i ciast :) Ale barszcz i tak był z kartonu, a uszka z polskiego sklepu - ale naprawdę bardzo nam smakowało! Po chwilowym szaleństwie w kuchni, gdzie dwie kobiety przygotowywały kolację świąteczną, tata pakował prezenty, a wujek bawił dziecko, nareszcie mogliśmy zasiąść do Wigilii. I gdy wszystko zostało zjedzone, nastał spokój, wyciszenie i od dawna wyczekiwany odpoczynek.


Nasza Izunia troszkę marudna i śpiąca już, więc szybko wręczyliśmy jej prezenty, żeby mogła iść spać. Ale nagle dziecko odżyło - dostała kopa energetycznego na widok nowych zabawek i ani myślała o wieczornej butelce, a o spaniu całkiem zapomniała! Nie wiedziała, co ma robić, na co patrzeć, czym się bawić! A że prezentów wiele, bo od babci, bo od cioci, bo od rodziców, to nie rozpakowaliśmy jej wszystkich, bo by w ogóle nie poszła spać z wrażenia. Zostawiliśmy jeden na Boże Narodzenie i prawie siłą położyliśmy urwisa spać. A potem wreszcie mogliśmy usiąść spokojnie na kanapie i rozkoszować się świętami, słuchając kolęd w telewizji i próbując ciast. Tylko jeszcze w Boże Narodzenie przez pół dnia musieliśmy indyka piec, bo wcześniej nie zdążyliśmy. A tyle go było, że upieczoną połowę daliśmy koleżance, a wczoraj z resztek zrobiłam potrawkę z warzywami - oskubałam drania do kości :)

Kolejne świąteczne dni minęły nam na leniuchowaniu, odpoczynku i zabawie z córeczką, poranki - na długim wylegiwaniu się w trójkę w łóżku, gdy małe stópki łaziły po nas, a rączki ciągnęły za włosy i wwiercały się do oczu, a wieczory - we dwoje, przytuleni na kanapie, z drinkiem i ciastem w ręku.


I tak oto wyglądały pierwsze święta naszej córeczki i nasze jako rodziców. Wiedzieliśmy, że będzie inaczej, ale nie spodziewałam się, że tak trudno będzie cokolwiek zrobić, przygotować, gdy jest się samej w domu i masz malucha uczepionego nogi i drącego się głośno, gdy na chwilę zostawisz go samego. Nie wszystko było takie jak planowaliśmy, nie było wielkiego obżarstwa, pijaństwa, imprezy do rana z przyjaciółmi, ale mimo to święta te były magiczne i niezapomniane, bo spędzone w towarzystwie najukochańszych mi osób, a co więcej potrzeba do szczęścia? I już teraz wiem, czego sobie życzyć w przyszłym roku pod choinkę (a najlepiej na cały następny rok) - przede wszystkim zdrowia dla naszej córeczki, dla siebie cierpliwości i wytrwałości w byciu mamą, a dla męża - mniej czasu w pracy, a więcej z rodziną, bo nie ma przecież nic ważniejszego niż rodzina, nie ma nic piękniejszego niż uśmiech dziecka i nie ma nic przyjemniejszego niż wspólne spędzanie czasu! I tego też Wam wszystkim życzę w nadchodzącym Nowym Roku!

You Might Also Like

16 komentarze

  1. Cudowna, wesoła i pozytywna relacja :) Aż miło poczytać i pooglądać (śliczna córa!). U mnie w tym roku nie było tak jak to sobie wymarzyłam - w skrócie: dno. Za rok kolejne święta i tym razem będę mądrzejsza o wiele, wiele - muszę się jeszcze wiele nauczyć, żeby potem nie przeżywać i nie pluć sobie w brodę. Czasem nie wszystko jest piękne i kolorowe a ranią Ci, których o to nie podejrzewamy.

    Będzie lepiej, za rok - muszę jakoś optymistycznie ten komentarz zakończyć ;)

    Wszystkiego dobrego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękujemy z córunią za miłe słowa :)
      To widzę, że nie tylko u mnie święta minęły nie tak jak to sobie zaplanowałyśmy i wymarzyłyśmy, ale mam nadzieję, że mimo tego były też u Ciebie piękne momenty! Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę lepszego Nowego Roku :)

      Usuń
  2. Kochana wiem jak to jest...też byłam sama bo mąż pracował wtedy 400 km od domu i do konca nie wiadomo było czy wogóle wróci do domu na swięta ;( Jeszcze wspominam ten czas kiedy byłam w ciąży i sama musialam przygotować wszystko ehh...stałam prawie do 16 w garach i kleiłam uszka. Nie lubię wracać do tych czasów bo to były moje początki kiedy wyprowadziłam się z domu, źle się czułam i baaaaardzo tęskniłam za swoją rodziną. Teraz przygotowuję wigilię nadal u siebie ale mam swojego małego pomocnika i mogę wszystko ;)))
    Szczęsliwego Nowego Roku dla Was kochani!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy :) I również życzymy szczęścia w Nowym Roku i mniej stresu w przyszłe święta! Na swoim jest fajnie, ale gdy przychodzą święta, to najbardziej czuć nieobecność rodziny. Z niecierpliwością czekam aż mój mały pomocnik będzie troszkę większy i będziemy razem uszka lepić :)

      Usuń
  3. Cześć po świętach , u was to już chyba normalne że coś się dzieje :). Przyzwyczajaj się mamusiu ,jak Izunia chce mieć braciszka spokoju już nie będzie .Co dwie głowy o nie jedna :) Piękna z niej Mikołajka:) Szczęścia i spokoju w tym nadchodzącym roku ,oby następna wigilia była już we czwórkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście ciągle coś się u nas dzieje, ale przynajmniej nudno nie jest :) Dziękujemy za życzenia i także życzymy Szczęśliwego Nowego Roku!

      Usuń
  4. Piękne zdjęcia :) Mała jak uśmiechnięta! Super!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy! A moja Mała prawie zawsze uśmiechnięta - no chyba że płacze :) Życzymy szczęścia w Nowym Roku!

      Usuń
  5. Piękne święta- będzie co wspominać po latach! Im jesteśmy starsi, tym mniejszą wagę przywiązujemy do takich detali, jak porządek w domu, czy domowej roboty uszka- grunt, żeby te najważniejsze osoby były z nami i wtedy jest pełnia szczęścia :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, lśniący dom nie jest najważniejszy, tylko te ukochane osoby, które są przy nas! Pozdrawiam!

      Usuń
  6. Takie święta z maluszkiem mają zupełnie inną jakość. Nieprawdaż?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak! Całkiem nowe emocje i więcej zamieszania, ale też więcej radochy :)

      Usuń
  7. Izula pięknie wyglądała :)
    Szkoda, że znajomi się pochorowali!
    Masz racje, zawsze tyle planów, roboty a potem szats prask i po świętach :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego w tym roku nie szaleliśmy już z niczym i wszystko było na luzie :-) A jak się patrzę na Izkę na tych starych fotkach, to nie mogę uwierzyć, że taka kluseczka wtedy była! :-D

      Usuń
  8. No właśnie, tak to jest - tyle przygotowań, planowania, zakupów, itd., a potem zawsze święta zlecą w mgnieniu oka ;) Na szczęście jeszcze Sylwester przed nami :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sylwester też śmignie za szybko! A szczególnie mnie, bo w Nowy Rok mam na 7 rano do pracy!

      Usuń

Polub mnie na Facebooku

Obserwuj mnie

NAPISZ DO MNIE

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *